Battlefield 4 – subiektywnie o grze (PS3)

Rozważania na temat czy „strzelanki” mają w ogóle rację bytu na konsolach mają już całkiem sporą historię. Kupując Xbox’a lub PlayStation wielu zastanawia się, jak wygląda manewrowanie celownikiem broni za pomocą pada. Na swoim starym PC często-gęsto grali w tego typu produkcje, więc nie chcieli by z nich rezygnować na nowej platformie. Kupują więc kolejna część znanego sobie tytułu, który to na ich blaszaku już nie ma czego szukać i przystępują do eksploracji z karabinem, strzelbą lub pistoletem w dłoniach. Z chwilą umieszczenia płyty w napędzie skazują się oni jednak na nie lada niespodziankę, gdyż wcale nie tak łatwo opanować tor lotu kul przy pomocy gaigi kontrolera. Nie mówiąc już o nieprzyzwyczajeniu palców do tego typu oddawania strzałów. Nie ma co owijać w bawełnę – można się szybko zniechęcić. Czy Battlefield 4 ma jednak coś, co pozwala mu pretendować do przełomu w grach FPS na konsole? Chcecie poznać nasze zdanie? Zapraszamy!

Ogólnie o emocjach

2

Nie jest to nasz konik, więc do gry podeszliśmy dość nieufnie. Opinie znalezione w Internecie również nie pozwalały nam mieć nadziei na dobrą zabawę. Jak było rzeczywiście? No cóż, nie tak źle, ale nie świetnie. Gra ma kilka irytujących błędów, a największym z nich są znikające granaty. Nie raz się zdarzyło, że rzucony przez nas ładunek nie wybuchał, a raz czy dwa przeniknął tekstury, na których powinien się zatrzymać (w tym dach). Na początku jednak należało by ogarnąć sterowanie. Strzał – świetnie, zmiana broni – dość intuicyjnie, granat – mogło być lepiej, kucanie, czołganie – ujdzie w tłumie, bieganie – koszmar. Żeby puścić się sprintem trzeba nie tylko wychylić gałkę pada, ale również trzymać ją wciśniętą. Strasznie niewygodne i nieraz się nam zdarzało wcisnąć przez to przypadkowo spust odpowiadający za rzut granatu.

Wrażenia jednak mamy dobre. Szczegółowość lokacji, różnorodność uśmiercających pukawek, możliwość korzystania z każdej znalezionej broni, która w momencie podniesienia zapisuje się w specjalnej skrzyni. Jest tego całkiem sporo. Celownik pomaga namierzyć wroga, można więc zaznaczyć oponentów i śledzić jak się przemieszczają. Tylko te… cholerne czołgi. Kto w ogóle zaprojektował to, żeby biegać za czołgiem i kłaść mu miny pod gąsienice, kiedy dupek siedzący w środku pruje do nas z maszynówki, a w każdej chwili może zdecydować się na strzał z potężnej lufy. Strasznie irytujące.

Single Player

battlefield-4-screenshot-050613

Chociaż od jakiegoś czasu Battlefield nastawiony jest raczej na tryb multiplayer, to wydanie gry bez singla jest raczej niewskazane. Tak też postąpili tutaj producenci i stworzyli luźną historię (z koszmarnym polskim dubbingiem) o tym, jak Chiny postanawiają zrobić światu psikusa. W prawdzie trzyma się to jako tako kupy, ale kiedy po kilku godzinach kampania się kończy to każdy z nas oddycha z ulgą. Zakończenie – śmiechu warte, ale przynajmniej sobie postrzelaliśmy w sobotnie popołudnie, gdyż tyle zajęło nam ukończenie trybu Single Player. Muzyka na napisach była już ciekawsza niż scenki przerywnikowe. Nie można jednak powiedzieć, że nie było spektakularnie. Wybuchy, zabijani wrogowie, niszczenie otoczenia, a nawet prowadzenie czołgu – fajna, krótka i całkiem przyjemna zabawa.

Multiplayer

battlefield4-mp-11

Tym Battlefield żyje, więc nasze oczekiwania były tu całkiem spore. Oczywiście żeby odpalić tryb online trzeba było pobrać dodatkowo 1500 MB jakichś danych, więc 20 minut z naszego życia upłynęło nam na grze na telefonie i wizycie w sklepie po chrupki. W końcu jednak stało się. Instalacja ukończona i można się było zacząć bawić. Gra ma już za sobą wiele miesięcy od premiery, więc nie zdziwiło nas, że poziom na serwerach jest całkiem spory. Z czasem jednak ilość fragów zaczęła się w naszych statystykach powiększać. Trzeba powiedzieć, że liczba map, ilość trybów zabawy (od klasycznych deathmatchy i flag, aż po zmianę broni za każde dwa zabójstwa) oraz uzbrojenie są tu bardzo bogate. Sprawia to, że aż chce się zdobywać kolejne karabiny szturmowe, by jeszcze lepiej i skuteczniej faszerować ołowiem wirtualnych przeciwników. Czasem jednak trafiamy tu na prawdziwych weteranów, którzy nie dają się nam pobawić i rozwalają nas raz za razem – koszmar. Są też tacy, którzy zamiast szukać wroga chowają się i tylko czekają, aż wejdzie się im pod lufę. Nie zmienia to jednak faktu, że wieloosobowy tryb sieciowy dostarcza wielu pozytywnych emocji (choć nie tylko) i jest wart co najmniej 10 godzin z życia gracza. Kupić? Czemu nie! Ale używaną, bo zapłacenie za ten tytuł 200 zł jest co najmniej głupie. Na szczęście jego cena szybko spada, więc uważnie polując na promocje można znaleźć go nawet za 50 zł. Nie polecamy, nie odradzamy – znośny i lekki przerywnik pomiędzy bardziej dopracowanymi produkcjami.

Zostaw odpowiedź