Prince of Persia (2008) – recenzja wersji na PS3

Przygody Księcia Persji to na dzień dzisiejszy marka, która funkcjonuje jedynie we wspomnieniach graczy, gdyż twórcy zrobili sobie urlop od wymyślania i projektowania nowych przygód naszego szlachetnego akrobaty. W przerwie od władania mieczem, biegania po ścianach i rozwiązywania łamigłówek, które wymagają tyle samo zręczności co inteligencji, można więc by zastanowić się nad całą serią… ale by nie wyszło zbyt ogólnie dobrze jest zacząć od części, która najbardziej zapada w pamięć. Co mamy do wyboru? Jest trylogia składająca się z Piasków Czasu, Duszy Wojownika i Dwóch Tronów. Potem mamy małą przerwę i wychodzi Prince of Persia (2008). By zakończyć swoją przygodę i ostatecznie wybrać (w temacie macie spojler, ale cóż…) trzeba pamiętać także o Zapomnianych Piaskach, z tym że jak sam tytuł wskazuje z trwałością przyjemności w pamięci po skończonej rozgrywce jest tu bardzo średnio. Nie przedłużając i nie rozwlekając przejdźmy zatem do sedna, czyli do jednorazowego pomysłu sprzed 8 lat, który wywołał wiele pozytywnych i negatywnych opinii wśród osób, które zakupiły tę grę.

O co chodzi w Prince of Persia (2008)?

W tym wypadku żegnamy się z bohaterem, którego znaliśmy z wcześniejszej trylogii i witamy zupełnie nowego księcia, który szuka na pustyni swojego osła, przewrotnie nazwanego imieniem księżniczki z poprzedzających 2008 odsłon gier tej marki. Idziemy zatem przez pustynię wołając „Farah! Farah!”, aż trafiamy na strażników i niewiastę w opałach. Potem – po kilku skokach i całej masie akrobacji – docieramy do oazy, w której znajduje się Pałac Życia, a w nim magiczne drzewo, które chroni świat przez spaczeniem mrocznych sił. Wchodzimy, podziwiamy, a ty jakiś szaleniec z szablą (ojciec Eliki, naszej nowej przyjaciółki) chce wszystko zniszczyć. Walczymy więc z nim, ale na próżno… dochodzi do najgorszego, a my zostajemy rzuceni w wir akcji podczas misji stopniowego uzdrawiania oazy. Nasza partnerka w przygodzie ma moc zdolną odegnać niebezpieczeństwo, musimy jedynie pokonać bossów pilnujących strategicznych punktów na mapie świata i pomóc jej dotrzeć do tych miejsc.

Dlaczego warto kupić ten tytuł?

Zacznijmy może od tego, że gra nie jest zbyt skomplikowana, a więc stopień jej rozbudowania nie wiąże się na pewno z czymś, co można by podziwiać. Jest tu jednak cała masa innych szczegółów i rozwiązań, które przypadły nam do gustu, a są to:
– grafika (trochę komiksowa, trochę bajkowa, z wyrazistymi kolorami i wspaniałymi animacjami),
– projekty poziomów (do celu prowadzi więcej niż jedna droga, zwłaszcza kiedy uzdrowimy dany obszar),
– sprawdzian zręczności (choć gra nie jest trudna, to w wielu momentach wymaga nie lada refleksu i cierpliwości),
– nie można tu zginąć (o tym w następnym akapicie, ponieważ jest to dość dyskusyjna zaleta),
– bieganie się nie nudzi (uzdrawiając pokonujemy zupełnie inne przeszkody niż w świecie po cofnięciu się spaczenia, więc kilkukrotne pokonywanie tej samej trasy nie irytuje),
– kompas (Nie wiesz gdzie biec? Elika wypuści trochę swojej magii, która wskaże ci odpowiednią trasę),
– cena (w tym momencie używana gra ta na PS3 kosztuje ok. 30 zł),
– w sam raz by się odprężyć po ciężkim dniu,
– system walki (nie ma tu hord przeciwników, ponieważ zawsze jest tylko jeden, a walka z nim pozwala na skupienie się na wykręceniu jak najlepszych combosów).

Dlaczego nie wszyscy gracze polubili nowego księcia?

Nie wszyscy gracze są jednak pozytywnie nastawieni do tego tytułu. Najwięcej zarzutów pada tutaj zdecydowanie pod adresem poziomu trudności i faktu, że w grze nie występuje coś takiego jak zgon. Spadając w przepaść możemy liczyć, że Elika magicznie się teleportuje i uratuje nam tyłek odstawiając w ostatnim, najbardziej bezpiecznym miejscu, czyli np. na półce skalnej zaraz przed akrobacją, na której polegliśmy. Przez to produkcja ta nie należy do zbyt wymagających, a można by nawet powiedzieć, że usypia czujność gracza. Są i tacy malkontenci, którzy obrali sobie za cel wymyślanie argumentów przeciw grafice – znając wygląd gry przed premierą kupili ja i tak, by potem opowiadać, że jest brzydka (żenada!). Jedyne co może przeszkadzać i właściwie trochę nas irytowało to zabieg zmuszający gracza do eksploracji w poszukiwaniu kul światła (a przez to i specjalnych mocy), które pozwolą nam dostać się do poszczególnych bossów w tej grze. Wszystko to jest oczywiście bardzo widowiskowe, ale trochę spłycone – cieszy oko, ale historia jest tu dość miałka (spójna, ale niezbyt ambitna). Natomiast zakończenie… ehhh… bywały lepsze…

Zostaw odpowiedź