The Order: 1886 – wyczerpująca recenzja… tak jak sama gra

Jeśli nastawiacie się na długą recenzję to was rozczarujemy. By w pełni oddać, jakie emocje towarzyszyły nam podczas gry w The Order: 1886, postaramy się wystylizować treść tej recenzji na podobieństwo naszych odczuć, byście i wy mogli poczuć co znaczy odpalić ten tytuł na swojej konsoli. Zacznijmy może od tego, że jest to tzw. tytuł ekskluzywny, czyli przeznaczony do grania tylko na jednej z platform dostępnych na naszym rynku. Jakiej? Najnowszej generacji sprzętu dla graczy od producenta Sony. Czy to wada? Absolutnie nie, gdyż dla posiadaczy PS4 jest to swojego rodzaju sygnał docenienia, iż wybrali oni akurat tę konsolę.

Cena gry w dniu premiery była bardzo wysoka (jak prawie w każdym przypadku gier na konsolę w wersji pudełkowej) i wynosiła ok. 200 zł. Dziś, po niespełna roku bytności na rynku nowy egzemplarz możemy kupić już za ok 90 zł. Jest to więc pierwszy sygnał, że spotkanie z historią w The Order: 1889 nie będzie tak kolorowe, jak przedstawiają to materiały reklamowe dostępne w Sieci.

rwDW3Z8

Teraz czas na odrobinę fabuły. Mamy tu XIX-wieczny Londyn w wersji, gdzie szereg zdarzeń doprowadził do powstania alternatywnej wersji rzeczywistości, całkiem sporo różniącej się od tego co znamy z lekcji historii. Mamy tu potężny zakon, który poluje na wilkołaki. Mamy ludzi, którym nie podoba się podział społeczeństwa na biednych i bogatych (to akurat jest punkt spójny z wydarzeniami wieków minionych). Rewolucja przemysłowa widocznie odcisnęła swoje piętno na życiu i pracy głównego bohatera, dając mu do ręki futurystyczną broń zdolną nawet miotać błyskawice, a wszystko to w służbie Jej Królewskiej Mości. To także jest plus tego tytułu, gdyż projektanci uzbrojenia widocznie przyłożyli się do swojej pracy i wymyślili pukawkę rozpylająca i podpalającą… karbid.

Wszystko zaczyna się w dość niepokojący sposób, bo od scen w więzieniu, gdzie to nasz główny bohater jest torturowany. Dwaj podrzędni konstable wyciągają go z celi i podtapiają. Jakich informacji szukają? Nie wiadomo. Otrzymujemy jednak szansę ucieczki (a jakże!). Sir Galahad (główny bohater) na wpół żywy daje nam więc możliwość wydostania się z lochów. Bierzemy więc sprawy w swoje ręce i człapiemy od punku do punku, od czasu do czasu wklepując jakąś sekwencję klawiszy czy machając „gaigą” jak gra nam karze. Scenka kończy się na murze, gdzie zostajemy otoczeni i gdzie nasz wiezień rzuca się do Tamizy. O co tu chodzi? Trzeba się tego dowiedzieć. Gra jednak przenosi nas do wcześniejszych zdarzeń, gdy Sir Galahad i jego kompani walczą z wilkołaczą mutacją, która zaczyna dotykać coraz większą liczbę ludzi.

TheOrder-10

W tym momencie zaczynają się problemy, a właściwie postęp znużenia rozgrywką. Tak jak The Evil Within był naszym zdaniem liniowy i dostarczał kinowych wrażeń, tak The Order: 1889 bije ten survival horror na głowę… i to wcale nie jest zaletą. Znowu mamy szerokie, czarne pasy u dołu i na górze ekranu. Historia wydaje się opowiadać sama. Nic nie zachęca do eksploracji (przedmioty które znajdujemy dzielą się na amunicję, broń i szpargały, które możemy jedynie pooglądać i popodziwiać, jaka śliczna jest tu grafika i jakie cudowne szczegóły). Świat (choć to przecież Londyn) nie jest tu wcale otwarty i prowadzi nas za rączkę po wszystkich lokacjach w grze. Żadnych alternatywnych ścieżek. Idź i wciskaj guziki, które ci karzemy. Podziwianie widoków? Zapomnij. Wrzucony w ciasne uliczki XIX-wiecznej stolicy Anglii możesz podziwiać jedynie błoto i biedę ludzi wokół.

Kilka razy lądujemy na dachu, ale akurat na tym, gdzie panorama miasta jest niewidoczna. Trochę się powspinamy. Przerywnik filmowy. Wybiegną wilkołaki, kilka strzałów. Przerywnik filmowy. Walka z bossem – quick time event. Rozdziały migają nam przed oczami jeden za drugim, a potem gra się kończy. Patrzymy na zegarek. Minęło niecałej 7 godzin, a nikt z nas nie czuje by włożył choć trochę wysiłku by przeprowadzić Sir Galahada przez tę historię. Zakończenie? A jakże… otwarte. Ktoś planuje wydać kolejną część tego tytułu? A może znowu naciągną nas na DLC?

the-order-1886-latest-screen-3

Czym zatem jest The Order:1889, że zdecydowano się na tak ogromną kampanię reklamową tego tytułu? Odpowiedź chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, zwłaszcza jeśli choć trochę orientuje się on w świecie gier na konsole. Na krótko przed tym nim produkt ten wszedł do sprzedaży Sony wypuściło na rynek nową generację swojej kultowej konsoli. Już domyślacie się o co chodzi? Tak, The Order:1889 to gra, której głównym celem jest pokazanie możliwości graficznych nowego sprzętu, co robi nad wyraz profesjonalnie. To taka metoda popisania się nową technologią, która sukcesywnie goni możliwości komputerów stacjonarnych.

Pomysł był, cel również został tu jasno sprecyzowany, szkoda jednak, że w tej pogoni za sławą i blichtrem zapomniano o graczu. Do gry trzeba chcieć wracać. Jej świat musi wciągać, a jeśli już wydaje się pełnoprawny produkt to dobrze by było, żeby nie kończył się on po kilku nużących godzinach. Brak alternatywnych ścieżek postępowania oraz wpływu na rozwój fabuły daje nam więc niepełną opowieść, którą prawdopodobnie już nigdy nie zdejmiemy z domowej półki konsolowych zbiorów, kiedy już raz tam trafi.

Zostaw odpowiedź